środa, 12 października 2005
mentor 23
Siedziała z kubkiem herbaty i patrzyła w okno. Smutna? Załamana? Czy myślała o nim? O kimkolwiek? O niczym? Stróżka pary. Dym. Jedyny ruch w pomieszczeniu. Upiła trochę. Smutna? Tak, była przygnębiona. Wszystko przestało ją cieszyć. Rozmowy z pacjentami, z Długim, pustka. Zastanawiała się czy to możliwe, by tyle dla niej znaczył. Człowiek, o którym wiedziała tak niewiele. Odszedł. Ból po stracie. Zostawił ją? Tak, czuła się opuszczona. Drzewo za oknem przybrało jesienne, maskujące barwy. - Jak na wojnę - Martyna powiedziała to ledwo słyszalnym szeptem - jak na wojnę, w której stawką jest przetrwanie. Czy ja tak samo? Czuję jakby we mnie robiło się miejsce dla jakiejś ogromnej, wolnej przestrzeni. Co to jest? Obojetność? Cholera, taki dupek, wziął i się wypisał! Jeszcze bezczelnie mi powiedział, że jest zdrowy. Jej słowa stały się nieco szybsze, głośniejsze. Odstawiła kubek i mechanicznie wcisnęła przycisk komputera. Poczta. Nie zaglądała tu od kilku dni, nie spodziewała się żadnej wiadomości. Symbol zamkniętej koperty i obok temat: dalszy ciąg. Kliknęła, serce uderzyło nieco mocniej. "Tak, to jest dalszy ciąg, pani doktor. Bo zawsze jest dalszy ciąg. I nic nie ma końca, chyba że pozna swoje granice, swoją istotę, prawdę, i zachowując ciągłość dokona swoistej przemiany. I stanie się początkiem. A więc czy to jest początek? Może. Obudziłem się w dziwnym miejscu, w jakiejś przydrożnej jamie, w jakimś rowie, zagłębieniu. Cały byłem w kurzu i pyle, brudny i slaby. Zmęczony, głodny. Męczyło mnie pragnienie, ale nie miałem sił by wstać i szukać wody. Odczuwałem spokój, a raczej potężną rezygnację, obojętność. Nie myślałem o śmierci... Nie myślałem o niczym, umierałem - właśnie tak, smierć była przy mnie, ale ja nie myslałem nawet o tym, że odchodzę. Po prostu wciągałem w płuca powietrze, czułem, że sprawia mi to ból. Wypuszczałem powietrze. Chwila przerwy. Wdech. Ból. Wydech. Świat przestawał istnieć. Świat przestawał istnieć. Właśnie tak. Bardzo powoli. A potem usłyszałem głosy i zobaczyłem pochylone nade mną twarze i czyjeś silne ręce. Ktoś uniósł moją głowę, przytknął jakieś naczynie do wysuszonych warg. Zacząłem pić. Ból odsuwał sie ode mnie z każdą wypitą kroplą. Nadal czułem spokój, ale pojawiła się też jakaś błogość i słodycz... Ponownie straciłem przytomność. Zapadłem w letarg? W sen?
czwartek, 29 września 2005
mentor 22
Doktor Dlugi wygladal na naprawde rozbawionego. - No i co? Puszczamy go? - usmiechal sie i patrzyl na Martyne. - A mozemy go nie puscic? Pokiwal glowa. - No, dobre pytanie. Mozemy? - Nie mozemy. - I co wpypuscisz na ulice faceta, ktory nawet nie wie jak sie nazywa? - Wlasnie tak, doktorze. Ale cos mi przyszlo do glowy! Mozemy go wypisac na wlasna prosbe, ale musi nam podpisac Historie Choroby. To co on tam wpisze? - Trzy krzyzyki? - Albo Jan Nowak. Faktycznie to nic nie da - posmutiala na chwile. - Albo Napoleon Bonaparte. Ale co? Czy on jest chory? Czy to jest facet, ktory naprawde nie ma tozsamosci? Wiesz ja kiedys leczylem kobiete, ktora miala siostre blizniaczke. Od dziecka byly bardzo do siebie podobne. Tylko, ze siostra to byla ta madra, ladna i zdolna, a ta moja pacjentka to byla taka nieudacznica. I wiesz co jej pomoglo? - No? - To, ze ja zakwestionowalem, ze ona to ona. Bo ona sie mylila nawet swojej matce. A siostra oczywiscie urodzila sie pierwsza. I wszystko, czywiscie, zawsze robila najlepiej. No to ja jej w pewnym momencie zadalem pytanie - skad ona wie, ze urodzila sie druga. - Pewnie od rodzicow. Od mamy. - Od mamy, ale mamie one sie mylily. Mama byla nieuwazna, jesli cos dobrego to ona wiedziala, ze to jedna z blizniaczek, jesli cos zlego to "wiedziala", ze druga. Rozumiesz, nie zywe dziecko, czlowiek, tylko projekcja. - Ale to nie tylko u blizniakow. - Oczywiscie, u wszystkich. "Jan Kowalski" to nie jest Jan Kowalski tylko, rozumiesz, jakis wymyslony, martwy twor. Wiecej czlowieka jest w Panu-Nie-Wiadomo-Kto, niz w Panu Kowalskim, bo ten jest jak czysta karta, a ten jest zbiorem bazgrolow i przeklaman. - Wypuszczamy go? - Malo tego! My sie od niego uczymy. Dziekujemy mu, ze z nami pobyl, dziekujemy mu, ze podjal dorosla decyzje, ze to na razie tyle i kiwamy mu raczka na pozegnanie. Proste? - Ide, pokiwam mu raczka. - Tak prosze zrobic. Jeszcze mam jedno pytanie... - Acha? - A Ty jeszcze zostajesz? Nigdy nie wiedziala czy zartuje, czy mowi serio. - Ja zostaje - odparla po chwili. - No tak - powiedzial Dlugi i juz pod nosem, odwracajac glowe, wymamrotal polszeptem jednak tak by uslyszala calkiem wyraznie - kazdy ma swoje tempo.
środa, 28 września 2005
mentor 21
Martyna byla w najprawdziwszym szoku. W psychiatrycznym odruchu, probujac zyskac na czasie, pozbierac mysli i nie popelnic glupiego bledu zaproponowala Swiatowidowi, zeby usiedli. - Powtorze - powiedzial usmiechajac sie delikatnie. - Bardzo prosze o wypisanie mnie ze szpitala. Pani doktor? - Ymmm... a dlaczego chce sie pan wypisac? - Chyba cos sie we mnie dopelnilo. Cos jest inaczej. Pani doktor tak przyjemnie mnie sluchala, jak potem wracalem na sale, albo spacerowalem to myslalem sobie o roznych rzeczach i wlasnie doszedlem do wniosku, ze dalsze przebywanie tutaj nie ma sensu. - A co pan chce robic? - Chyba napisze ksiazke. Chyba tak... - O czym? - O mnie. Wie pani, kiedy sie uczylem angielskiego to natrafilem na takie zdanie, ze jak chce sie zrozumiec jakas sprawe to najlepiej napisac o niej ksiazke. Dobry pomysl? - Bo pan siebie nie rozumie? - A pani, pani doktor? - Czy pana rozumiem? - Nie, siebie? - A dlaczego pan pyta? - Z tego samego powodu, dla ktorego chce sie stad wypisac. - To znaczy? - Chce, zeby pani przestala we mnie widziec pacjenta. Game is over. I jeszcze, na koniec, pragne pani powiedziec, ze marze sobie o tym, by chciala sie panie ze mna kochac. Minimalne zwezenie zrenic, drgniecie ust, niedostrzegalnie nizej wibrujacy ton jej glosu: - Porozmawiam z doktorem, nie jestem pewna czy mozemy pana tak wypuscic. - Alez jest pani pewna - faktycznie przestal nagle byc pacjentem, przejal inicjatywe, patrzyl prosto i mowil zdecydowanie. - Doskonale pewna, tyle tylko, ze wcale sie pani to nie podoba. Sciszyl glos, niemal do szeptu: - Polubila mnie pani troszke, prawda? Ale ja nie uciekam. Teraz jest troche tak, ze nasza relacja musi sie skonczyc, zeby sie mogla zaczac jakas inna. Wie pani doktor co sie dzieje, kiedy kobieta i mezczyzna spotkaja sie z soba bez leku? Przez chwile patrzyli na siebie nic nie mowiac. - Pani sie mnie juz nie boi jako pacjenta, ale czy widzi pani faceta? Czy widzi pani wolnego czlowieka, ktory moze poprosic o wypis, i ktorego zwykla prosba otwiera najpotezniej pozamykane bramy tego szpitala? Bardzo pania polubilem i tu sie zatrzymamy, zeby przedwczesnie, i niepotrzebne, nie powiedziec ani jednego slowa za duzo.
środa, 22 czerwca 2005
no ale co? pisać to dalej?
Jak sami widzicie nic tu się chwilowo nie dzieje. Są w mojej glowie plany, żeby zrobić z "mentora" książkę, czyli napisać co było dalej. Myślicie, że warto? I czy w ogóle coś Wam się tu podobało? A coś drażniło, albo bylo niezrozumiałe, albo niepotrzebne? Będę wdzięczny za jakieś odzewy. Pozdrawiam kstepowy
no ale co? pisać to dalej?
Jak sami widzicie nic tu się chwilowo nie dzieje. Są w mojej glowie plany, żeby zrobić z "mentora" książkę, czyli napisać co było dalej. Myślicie, że warto? I czy w ogóle coś Wam się tu podobało? A coś drażniło, albo bylo niezrozumiałe, albo niepotrzebne? Będę wdzięczny za jakieś odzewy. Pozdrawiam kstepowy
sobota, 23 kwietnia 2005
mentor 20
Długi popijał herbatę ze swojego ulubionego kubka. - Dlaczego ludzie zabili Sokratesa? Martyna miała już za sobą lekturę tej jego broszurki, ale rozmowy na żywo to była zupełnie inna jakość. Bardzo się starała, żeby podtrzymać takie dialogi. - Zagrażał im? - Jak? - No podważał to co wydawało się im oczywiste. Nie pozwalał tak zwanym autorytetom na czerpanie korzyści tylko z racji zajmowanego stanowiska. Konfrontował ich z prawdą... - Zabili go - tu Długi zrobił oczywiście kpiąco-dramatyczną pauzę - ponieważ chciał ich zmieniać. Rozumiesz? - Panie doktorze... - Nie "pandoktoruj" mi. Zabili go, ponieważ chciał ich zmnieniać. - Oficjalne oskarżenie było, że psuł młodzież. - Wszyscy psują młodzież. A już najdurniej w świecie młodzież sama się psuje. Ale Sokrates łaził po rynku i męczył pytaniami ludzi. Chciał z nich wydobyć prawdę, której oni wcale nie chcieli. - Mogli z nim nie rozmawiać. - Ależ to musiał być świr. W dodatku był przecież mądry. To nie jest tak latwo spławić mądrego natręta. A on drążył! I zaczynał niewinnie. Mówił pogadajmy - co ty o tym sądzisz? A ludzie, przecież lubią mówić co oni o czymś myślą. No to mówili, a on im jasno wykazywał, że to co oni o czymś tam sądzą jest kompletnie bez sensu. Udawadniał ludziom, że są pogrążeni w chaosie. - Bali się go? - Pewnie. Tak jak Jezusa. Prawda dla ludzi, którzy nie są gotowi jej przyjąć jest absolutnym syfem. Czymś co przeszkadza, szpeci i boli. Dlatego są gotowi zabić, żeby się jej pozbyć. Sokrates, Chrystus, Giordano Bruno... Ginie się za głoszenie i wielkich, i małych prawd... Dlaczego na Freudzie wieszano i nadal się wiesza psy? - Z zazdrości. - Pewnie też. Z zawiści. Ale też dlatego, że on pisał o tej swojej prawdzie i był czytany. Psychiatrzy wymyślają najprzeróżniejsze rzeczy i nikt oprócz studentów, którzy muszą, nikt nie chcce o tym czytać. - Bo to jest bez sensu. - Właśnie. Cała ta tzw. nauka jest bez sensu. Jest nudna, wtórna i ograniczająca. Prawdziwe odkrycia rewolucjonizują prawdziwe życie, a nie akademickie ukladziki. Ale dobra - dlaczego ja ci mowie o Sokratesie? - Żebym nie spieprzyła czegoś ze Światowidem? - Ale czego? - No... żeby go... nie konfrontować z jakąś prawdą? Ale ja nie mam o nim, żadnej prawdy. Ja sama potrzebuję pomocy. To co on... - To co on wnosi - to jest święte! - No rozumiem... - I ty go nie możesz zmieniać. Nie możesz go zbawiać. - Długi patrzył jej w oczy i jak to zwykle u niego nie była do końca pewna, czy jest śmiertelnie poważny, czy sobie trochę z niej żartuje - Bo wtedy cię ukrzyżuje. Martyna potakująco kiwała głową. Długi ciągnął swoje pouczenia. - A dlaczego w imię Buddy nie zabito ani jednego człowieka? Wzruszyła ramionami. - No? - ponaglił ją po chwili i dalej milczał, przymykając jedno oko. - No? - Nie wiem. On też miał swoją prawdę... Ale... Nie wiem. - Bo Budda siedział na dupie i czekał na uczniów! Idź i nie grzesz więcej! - Ale ja jeszcze w sprawie Światowida... - Audiencja skończona - powiedział jak zwykle zadowolony z siebie Dlugi i dopił herbatę.
wtorek, 29 marca 2005
mentor 19
19. - Oczywiście zabrakło mi paliwa. – Światowid rozsiadł się wygodnie i zaczął swobodnie opowiadać. – Jechałem trochę na północ, trochę na wschód, ale głównie na wschód. Zresztą potem słońce niemal nagle zaszło i chyba zupełnie straciłem orientację. Szosa szła lekko pod górę, ale nieznacznie, dopiero potem zaczęło się trochę pagórków, a może raczej skał. No i skończyła się benzyna. Nie miałem z sobą nawet koca. A noce były chłodne. Przyglądanie się mapie nie miało sensu. Nie odpowiadała, rzeczywistości, nie było na niej mojej drogi, w tym miejscu, gdzie wydawało mi się, że jestem nie powinno być gór. Nie miałem też co jeść. Trochę wody. Zasnąłem jednak bez problemów. Przez te wszystkie podróże nauczyłem się tylko nie martwić. Byłem więc nadal głupi, ale jednak mniej. Obudziłem się w górzystej okolicy, pofałdowanej, ale kamienistej. Czerwone skały, trochę szare. Pusto. Bez drzew. Bez wody. Trochę kaktusów i traw. Pusto, w każdym razie, i ciepło. Zaczęło grzać słońce. Miałem do wyboru – czekać w samochodzie, albo iść. Najpierw wybrałem to pierwsze, a pod wieczór to drugie. Poszedłem na wschód, w stronę wyraźnych, choć nieco odległych sporych masywów. Chciałem wspiąć się na jakiś szczyt i zobaczyć miasto. Jakieś światła. Nie myślałem o śmierci. Przynajmniej na początku. To wydawało mi się proste. Wejść na górę, zobaczyć, pójść i dojść. Wokół nie było nic. Żadnych drzew, strumieni, nawet kałuż. Trochę błądziłem po okolicy i wróciłem do samochodu. Przez cały następny dzień nie minął mnie żaden samochód. Chciało mi się pić, z głodu rozbolała mnie głowa. Zaczęło mi być wszystko jedno. Drugiego dnia wyruszyłem na poszukiwanie wody. W samochodzie zostawiłem list. Poszedłem na wschód. Noc spędziłem wśród skał, bałem się węży. Skorpionów. Duchów. Słyszałem wyraźne, pojedyncze słowa. Czasem zdania. W kilku językach, jakby zbliżał się ktoś, grupa ludzi. Podsypiałem wpółsiedząc. Nie miałem koca. Ból głowy ustąpił, wrócił mi dobry humor. Cały czas myślałem już o śmierci, ale byłem pewien, że coś mnie uratuje. Nie wierzyłem, że tak po prostu można zginąć. Oczywiście nigdzie nie było wody. Obudziłem się wyczerpany, paliło słońce. Piekły mnie oczy, niemal nic nie widziałem. Miałem zawroty głowy, traciłem równowagę. Usiłowałem iść cały czas na wschód, ale docierało do mojej świadomości, że najwyraźniej tracę orientację. Około południa straciłem równowagę i spadłem z niewysokiej skały. W dole był cień. Nie chłód, nadal było potwornie gorąco. Między kamieniami dostrzegłem wąską szczelinę, wpełznąłem tam, do jamy, brudnej. Pokaleczyłem sobie piersi i dłonie, otarłem kolana. Nic nie widziałem, ogarnęła mnie ciemność. Nieprzenikniona, gęsta. Przesuwałem się coraz głębiej, przez wąski tunel, kalecząc swoją skórę i rozrywając ubranie. Nie wiedziałem po co to robię. To było jak instynkt. Bezwiedne, po prostu sunąłem dalej, centymetr po centymetrze, coraz dalej i dalej... I nagle poczułem, że tracę równowagę, lecę w dół. Głową naprzód, w nieznane. Najpierw w czerń, w ciemność, a zaraz potem w oślepiającą jasność. W wielkie światło. Czułem najpierw, że spadam, a potem tak jakbym leciał i moje oczy przyzwyczajały się do tej niezwykłej, błękitniejącej jasności i zobaczyłem w dole wspaniały, piękny, nierealny, bajkowy świat. Ciepły, wilgotny i miękki. Oświetlony delikatnym, ciepłym słońcem. Szeroki krajobraz, pełen zielonych wzgórz, łąk, jezior i rzek. Wtedy straciłem przytomność i obudziłem się nie wiem po jakim czasie. Leżałem na skraju szosy, kilkadziesiąt metrów przede mną majaczyły jakieś zabudowania. Pomyślałem, że będę żył i znowu zapadłem w letarg.
mentor 18'
Poczuła ulgę, że zdecydowała się to powiedzieć. - Co w związku z tym? - Chciałabym wiedzieć czy to prawda? - Chciałabyś poznać prawdę? - Tak. Chciałabym wiedzieć, czy pan nie uprawia na mnie jakiś swoich sztuczek? - A myślisz, że mógłbym tak robić? - Myślę, że mógłby pan. - I myślisz, że mogłoby ci to pomóc? Popatrzyła na niego i pokiwała głową. - No, nie przegadam pana. Tak, myślę, że mogłoby mi to pomóc, ale wolałabym, żeby pan robił to raczej wprost. Wolałabym po prostu wiedzieć co się dzieje. - Yhm. A co ci przeszkadza, żeby się zorientować? - Nie wiem, mi się wydaje, że jak pan mówi przy kolacji, czy mogłabym panu podać sól. To ja się czuję tak, jakby pan się chciał upewnić, że sobie poradzę w życiu. To idiotyczne, ale tak się czuję. - To znaczy jak? - Tak jakby pan pomagał mi coś zrozumieć. Ale coś tak prostego i oczywistego, że to idiotyczne, że ja tego nie wiem, ale prawda jest taka, że ja naprawdę tego nie wiem. - Może więc jest tak, że faktycznie potrzebujesz czyjejś pomocy? - Faktycznie tak jest, ale na dziś mam dość. Pana pytania są w porządku, ale czasem czuje się po nich jak idiotka. - Prawda boli? - Dobranoc, doktorze! Ja na dziś mam dość. Pobiegła do siebie. Dopiero w kilka miesięcy potem natrafiła na ten artykuł. O Sokratesie. I na inne. Tymczasem patrzyła w gwiazdy i układała się do snu. „Droga mleczna. Jak mleczne zęby. Trzeba przez to przejść.” – pomyślała i przyłożyła głowę do poduszki.
mentor 18
18. Tak wyglądały te rozmowy. O niczym. Próbowała zrozumieć dokąd on zmierza. Opowiadał jej coś. Swoją historię. O podróżach. Nie pojawiała się w nich kobieta. A więc zarzuca jej coś z czym pewnie sam nie może sobie poradzić. Samotność. Brak kobiety. Zajmował się liczbami. Kobiety nie są chyba w tym dobre. Abstrakcja. Też taka ucieczka od rzeczywistości. Opowiada jej coś, ale to wszystko wydaje się jakieś niekonkretne. Podróże bez celu. Nie potrafiła dopytać go co go pchało do takich wędrówek, dlaczego nie wracał do kraju. Nie miał przyjaciół? Opowiadała o tym doktorowi. - Co do niego czujesz? Nie spodziewała się takiego pytania. A jakie to mogło mieć znaczenie? Czy doktor leczy jego czy ją? - Nie wiem, nic. - Mam takie wrażenie jakbyś drgnęła. Coś poruszyło cię w moim pytaniu? - Jakie to ma znaczenie czy go lubię, czy nie? - A lubisz go? - Chyba tak. - Uwodzi cię? - Pacjent?! Kiwnął głową, w takich chwilach potrafił właśnie tak się zachować. Nieoceniająco. I to porządkowało cały świat. Tak, pacjent jest człowiekiem. Mężczyzną. Uwodzi. I może być uwodzony. Proste. - Raczej nie. - To dziwne, prawda? Młody, samotny mężczyzna i atrakcyjna, inteligentna kobieta. - Może trochę. Chyba stara się trochę popisywać. Opowiada takie egzotyczne detale, chce być taki mądry. Wydaje mu się chyba, że jest guru. Udziela takich wieloznacznych odpowiedzi. - Stara ci się zaimponować? - Ale trochę tak jak chłopczyk. Udaje mądrzejszego. - Właśnie, a przecież jest niegłupi i ma jakąś swoją tajemnicę. Mógłby być interesujący prawda? Dlaczego więc nie wydobędziesz tego z niego? - Czego? - Mężczyzny. Uśmiechnęła się. - Jak? - Nie wiem. Masz jakiś pomysł? - Nie wiem w ogóle czy chcę. - Yhm. Czyli wolisz widzieć w nim kogoś bezpłciowego, kogoś kogo lubisz, ale w kim nie chcesz zobaczyć mężczyzny. Być może już coś takiego spotkało go w jego życiu? Być może dlatego jego opowieść dotyczy spraw odległych, egzotycznych, niezrozumiałych bo stara się komuś zaimponować. - Jakiejś kobiecie? - Albo jakiemuś mężczyźnie. Matce lub ojcu. Chce sprostać jakimś wielkim oczekiwaniom. - Ale, doktorze, jakie to ma znaczenie? Nam przecież chodzi o przywrócenie mu jego tożsamości? Ja rozumiem, że on cierpi z powodu amnezji i moim zadaniem jest pomóc mu przypomnieć sobie to kim jest? - Ale właściwie dlaczego chciałabyś mu o tym przypomnieć? Przecież najwyraźniej on stara się być kimś innym. Być może dla niego najlepsze co może być to nie pamiętać? Może to co tobie wydaje się jego chorobą, dla niego jest błogosławieństwem. - Doktorze, ja mam czasem takie wrażenie, że pan mówi o nim, ale tak by to dotyczyło mnie.
poniedziałek, 28 marca 2005
mentor 17"
- - Zacząłem kląć. Wstałem, wyszedłem z tej jego chatki i przeklinałem po polsku. Na niego, na siebie, na wszystko. Na tyłku miałem odciśnięte bambusowe krzesło, bolał mnie kręgosłup, naprawdę byłem wściekły. Ta godzina wydawała mi się wiecznością. Najbardziej zresztą wkurzał mnie jego spokój. Wróciłem do hotelu i tam okazało się, że ktoś ukradł moje osobiste rzeczy. Chciałem wracać do domu, nawet nie do Londynu. Myślałem o sobie, że jestem skończonym głupcem. - Ale wrócił pan do niego? - Nie. - Dlaczego? - Ponieważ byłem głupcem, to proste. Ale nie wróciłem też do Londynu. Pojechałem chyba w góry, albo do Australii. Nie pamiętam. Wie pani z Londynu można za stosunkowo naprawdę niewielkie pieniądze polecieć wszędzie. Przemieszczanie się świetnie robi na melancholię. Wie pani, głupiec ciągle się łudzi, że na szczycie kolejnej góry znajdzie coś więcej ponad to co sam na nią wnosi. Podróże świetnie służą podtrzymywaniu złudzeń. Dlatego są kosztowne. Wie pani, ból nie kształci sam z siebie. Ale może kształcić. Wszystko zależy bowiem wyłącznie od gotowości ucznia. A ja miałem tylko opuchnięte pośladki. - To był prawdziwy guru? - To był prawdziwy głupiec. Zna pani tarota? Ja byłem głupcem i to moja głupota była miarą wszechrzeczy. Była pani kiedyś u wróżki? - Nie. - Mądrość wróżby jest wprost proporcjonalna do mądrości słuchacza. Uśmiecha się pani? Jak rozumiem z wyższością. Wydaje się pani, że zatem słuchanie przepowiedni nie ma sensu. Ale przecież nie zna pani swojej własnej mądrości. Ktoś okradł z niej panią nim jeszcze zorientowała się pani jak wielki skarb pani posiada. Może siedzieć tu pani i tak jak kiedyś ja płaszczyć swoje pośladki. Czy to jest mądre? Czy od tego co pani wpisze w jakieś tam medyczne rubryczki ktoś naprawdę stanie się szczęśliwszy? Gdzie jest pani mężczyzna? Gdzie jest ktoś kogo pani kocha? Co pani tutaj robi? - Ten kogo kocham nie żyje. - Jest w tym zatem bardzo podobny do pani. Poczuła, że chce jej się płakać. - Panie Janku, nie mam ochoty na żarty. - Nie ma pani ochoty, żeby zrobić coś naprawdę. Przebija pani moją kartę wisielcem i oczekuje współczucia. Tymczasem ja współczuję pani naprawdę, ale tylko dlatego, że nie jest pani papieżycą. A raczej, że jest pani, ale o tym nie wie. - Skończmy na dzisiaj. - Oczywiście.
|
|