|
Blog > Komentarze do wpisu
mentor 23
Siedziała z kubkiem herbaty i patrzyła w okno. Smutna? Załamana? Czy myślała o nim? O kimkolwiek? O niczym? Stróżka pary. Dym. Jedyny ruch w pomieszczeniu. Upiła trochę. Smutna? Tak, była przygnębiona. Wszystko przestało ją cieszyć. Rozmowy z pacjentami, z Długim, pustka. Zastanawiała się czy to możliwe, by tyle dla niej znaczył. Człowiek, o którym wiedziała tak niewiele. Odszedł. Ból po stracie. Zostawił ją? Tak, czuła się opuszczona. Drzewo za oknem przybrało jesienne, maskujące barwy. - Jak na wojnę - Martyna powiedziała to ledwo słyszalnym szeptem - jak na wojnę, w której stawką jest przetrwanie. Czy ja tak samo? Czuję jakby we mnie robiło się miejsce dla jakiejś ogromnej, wolnej przestrzeni. Co to jest? Obojetność? Cholera, taki dupek, wziął i się wypisał! Jeszcze bezczelnie mi powiedział, że jest zdrowy. Jej słowa stały się nieco szybsze, głośniejsze. Odstawiła kubek i mechanicznie wcisnęła przycisk komputera. Poczta. Nie zaglądała tu od kilku dni, nie spodziewała się żadnej wiadomości. Symbol zamkniętej koperty i obok temat: dalszy ciąg. Kliknęła, serce uderzyło nieco mocniej. "Tak, to jest dalszy ciąg, pani doktor. Bo zawsze jest dalszy ciąg. I nic nie ma końca, chyba że pozna swoje granice, swoją istotę, prawdę, i zachowując ciągłość dokona swoistej przemiany. I stanie się początkiem. A więc czy to jest początek? Może. Obudziłem się w dziwnym miejscu, w jakiejś przydrożnej jamie, w jakimś rowie, zagłębieniu. Cały byłem w kurzu i pyle, brudny i slaby. Zmęczony, głodny. Męczyło mnie pragnienie, ale nie miałem sił by wstać i szukać wody. Odczuwałem spokój, a raczej potężną rezygnację, obojętność. Nie myślałem o śmierci... Nie myślałem o niczym, umierałem - właśnie tak, smierć była przy mnie, ale ja nie myslałem nawet o tym, że odchodzę. Po prostu wciągałem w płuca powietrze, czułem, że sprawia mi to ból. Wypuszczałem powietrze. Chwila przerwy. Wdech. Ból. Wydech. Świat przestawał istnieć. Świat przestawał istnieć. Właśnie tak. Bardzo powoli. A potem usłyszałem głosy i zobaczyłem pochylone nade mną twarze i czyjeś silne ręce. Ktoś uniósł moją głowę, przytknął jakieś naczynie do wysuszonych warg. Zacząłem pić. Ból odsuwał sie ode mnie z każdą wypitą kroplą. Nadal czułem spokój, ale pojawiła się też jakaś błogość i słodycz... Ponownie straciłem przytomność. Zapadłem w letarg? W sen? środa, 12 października 2005, kstepowy
|
|